Szukaj
  • D.

Kryzys.

Co jakiś czas ktoś pyta mnie czy nie chcę już wracać do miasta, czy nie mam ochoty już sprzedać tego wszystkiego, a w ogóle to może przeszło mi przez myśl żeby zamordować poprzedniego właściciela za ten „prezent” (w zasadzie to ostatnie pytanie zadał mi sam były właściciel)…

Hmmm, pytania oczywiście humorystyczne choć odnoszę wrażenie, że retoryczne (przynajmniej w części dotyczącej ucieczki i sprzedaży. Morderstwo nigdy tak oczywistym nie było). Oczywiście, że miewam kryzysy związane z całym tym zamieszaniem. Nie da się robić TAKICH rzeczy, rzucać się na głęboką wodę i nie mieć kryzysów.


Kryzys pierwszy, czyli atak paniki zanim jeszcze nadejdzie kryzys.


Tak, serio. Pierwszy kryzys miałam jeszcze zanim mógł nadejść jakiś prawdziwy, sensowny kryzys. Dokładnie w momencie, w którym podjęliśmy ostateczną decyzję i dotarło do mnie, że serio to robimy. Większość ludzi, która słucha naszej opowieści o wyprowadzce z miasta mówi, że by się nie odważyła. Słuchając tego wszystkiego - ja chyba też bym się nie odważyła. Z tą różnicą, że już to zrobiłam. Okupione to musiało być dużą dawką stresu. Nie jesteśmy radosnymi studentami bez zobowiązań, ani emerytami z pokaźny kontem i odchowanymi dziećmi. Oj nie. Jesteśmy ludźmi z całkiem małymi dziećmi i jeszcze mniejszymi rozumkami, a już najmniejsze na świecie mamy konta. Atak paniki więc był ostatnim hamulcem bezpieczeństwa, który skutecznie zagłuszyłam doprowadzając tym samym to co postanowiliśmy do końca.

Kryzys drugi, czyli jaki ten Olsztyn strasznie smutny.


Chwilę po wyprowadzce z Warszawy przyszedł czas na pierwszy, prawdziwy kryzysik. Olsztyn taki smutny, mały i w ogóle nie nasz. Mieszkaliśmy w użyczonym mieszkaniu, które było z różnych względów trudne. Najważniejszym punktem dramy było to, że mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze bez windy, a ja w ciąży zagrożonej od samego jej początku nie powinnam po schodach chodzić wcale. Tym bardziej z półtorarocznym synem pod pachą. A już najbardziej z półtorarocznym synem, wózkiem z którego i tak później nie korzystał, rowerkiem, zakupami i czym tam jeszcze. Poza tym Olsztyn choć ma swoje uroki nie został naszym ulubionym miastem na mapie Polski, a ludzie, których spotykaliśmy mieli zaskakująco mało uśmiechu i zaskakująco dużo pretensji w sobie i niestety nie tylko w sobie. Swoistego rodzaju szok kulturowy, a później kwarantanna narodowa, doprowadziły do znacznego spadku nastroju. Z perspektywy czasu myślę, że bardzo duże znaczenie w naszym odbiorze Olsztyna miały moje ograniczenia ale także aura. Cały czas kiedy mieszkaliśmy w okolicach olsztyńskiego dworca za oknem było pochmurno, ewentualnie padało, a jak nawet wyszło słońce to tylko po to żeby jeszcze więcej padało. Warmińska jesień i wiosna dla ludzi kochających słońce nie jest najłatwiejsza. Trzeba sposobów na radzenie sobie z szarugą. No i pierwszy raz w życiu byliśmy sami. W Warszawie zawsze otoczeni byliśmy rodziną, znajomymi, przyjaciółmi. Brakowało nam czasu na kolejne spotkania, wyjścia, imprezy. A tu nagle klops. Pół roku praktycznie bez ludzi bo warun na podejmowanie gości średni, a jeździć nie bardzo mogłam. Los jednak szykował nam wiele atrakcji…


Kryzys trzeci, czyli jak chcesz mieć luksus w ciąży to zaplanuj sobie trzecią ciążę.

Pamiętacie historię naszej przeprowadzki do holenderki? Było grubo. Przysięgam, że nie zliczę ile razy groziłam pakowaniem walizek. Nie ma nic strasznego w myciu się w misce, braku prądu czy innych udogodnień. Żyłam tak latami w wakacje. Rzecz w tym, że wakacje są z założenia czymś co wiadomo kiedy się kończy, a w naszej sytuacji nic nigdy nie wiadomo. Może poza tym, że jak może być trudniej to na pewno będzie. No więc czym innym jest miska jako wanna kiedy masz lat siedemnaście i jesteś na obozie harcerskim, a czym innym kiedy masz trzydzieści, małe dziecko i jesteś w 30 tyg ciąży. Bardzo marzyłam o odrobinie ułatwienia. W tamtym czasie krótkie wizyty w mieście, w mieszkaniu z wanną i bieżącą wodą to był mega oddech. Niemniej kryzys gonił kryzys.


Kryzys czwarty, czyli jak ja tu zamieszkam z noworodkiem.


Mamy matki na pokładzie? Kojarzycie ten stan pod koniec ciąży, kiedy czyścicie po raz dziesiąty tę samą rzecz, prasujecie ubranka, przekładacie pieluchy z miejsca na miejsce i generalnie nie możecie się doczekać? To się totalnie nie wydarzyło w mojej drugiej ciąży. Tzn chodziłam i sprzątałam, ale nie miałam szans na poziom czystości jaki lubię. Na dodatek ciągle coś się psuło, woda leciała z błotem, było za gorąco, za zimno. Wieczny rozgardiasz remontowy trwał (i trwa) nie tylko na Stacji ale i w przyczepie. Miałam duże zakusy na poród domowy, ale ostatecznie uznaliśmy, że to za duży hardcore nawet jak na nas. To też mnie wybiło z na chwilę z dobrego nastroju.


Kryzys piąty, czyli kąpię noworodka w wodzie z piachem.


Taaaaak. Jak na moje całkiem nowe, śliczne dziecko poleciała woda z piaskiem to powiedziałam, że wyjeżdżamy i nie obchodzi mnie jak to zrobimy, ale następnego dnia chcę być w Warszawie, w mieszkaniu i w dupie mam cały ten slow life.


Kryzys szósty, czyli przyszła zima.


O zimie coś niecoś Wam już pisałam, ale wiecie… Przeżywam nadal. Śnieg ciągiem leżał 6 tygodni. Sześć. W nocy wybiło nam na liczniku -30. Minus trzydzieści. Przeczuwałam, że jeśli mamy spędzić zimę w przyczepie to nie będzie to zima byle jaka, no ale bez jaj. Takiej i tak długiej naprawdę mógł nam los oszczędzić. Nie ma miękkiej gry. Zima nareszcie (chyba, bo wiośnie już nie ufam) odchodzi w zapomnienie, a kalendarz zaczyna zapełniać się zapowiedzianymi gośćmi.


Nie piszę o tych kryzysach żebyście usiedli i sobie pomyśleli jacy jesteśmy biedni (aczkolwiek możecie w obliczu wiecznych problemów z wodą;)). Piszę bo kiedy przeszukiwałam internety to znalazłam wiele, ale nic co przygotowałoby mnie na to co faktycznie nadeszło. Teraz zdradzę Wam tajemnicę. Slow Life nie istnieje. No dobra, może istnieje na wakacjach, ale jak się przeprowadzasz na wieś to robota nie kończy się nigdy. NIGDY. Ciągle coś się psuje, coś trzeba przygotować, załatwić, nauczyć się nowych rzeczy. I to jest spoko pod warunkiem, że świadomie się na to godzisz więc wspominam na wszelki wypadek raz jeszcze: slow life to pułapka ;)


A teraz odrobina dobrego nastroju na koniec. Kryzysy są i są one równie intensywne co krótkotrwałe na szczęście. Za to poza kryzysami jakość życia jest zupełnie inna. Nie wiem czy lepsza, na pewno nie gorsza i totalnie inna. Jeśli mierzyć szczęście poziomem permanentnego stresu to zdecydowanie jesteśmy szczęśliwi bo w porównaniu z Warszawą stresu nie mamy wcale. Nie pamiętam kiedy stałam w korku! Kolejka do kasy? Oczekiwanie kilka dni na wizytę u lekarza? Spóźnienia do korporacji? Brak. No dobra czasami kolejka do kasy się trafi. Są problemy, ale zdecydowanie wolę te obecne od tych, które miałam. Jeśli tylko mogę prosić to wolałabym mieć prąd i wodę. No i kuchnię. Wiecie jak bardzo marzy mi się kuchnia? Rety… Po nocach śnią mi się blaty robocze, zlew z dwoma komorami, zmywarka do naczyń i duże gary w których będę mogła gotować dla tych kilkunastu osób na raz a nie trzy podejścia. O tak, kuchnia to wielkie marzenie.


A teraz w przerwie pomiędzy większymi kryzysami zaczynamy szykować się na sezon pełen atrakcji, ale przede wszystkim Was u nas. Może i będziemy mieszkać w tej naszej wypasionej przyczepie długo, ale nie będzie tak że manOwce nie będą żyły. Oj będą i to jeszcze jak!

Ahoj przygodo



223 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie