Szukaj
  • D.

Mamy Stacje Kolejową!

Aktualizacja: 4 dni temu


Trochę ponad rok wcześniej urodził się Leon, myśleliśmy o kolejnym dziecku, w domu dwa psy. Leszek wychodził do pracy chwilę przed ósmą i wracał koło siedemnastej, ja wiedziałam, że na etat już nie wrócę, a moja firma nie przynosiła mi już takiego fun’u jak kiedyś. Oboje byliśmy zmęczeni ciągłym hałasem w centrum miasta, pędem, szukaniem choćby chwili na kontakt z naturą, umęczeniem naszych psów, dojazdami do klientów, stratą życia na rzeczy niepotrzebne, patrzeniem na kolejne tony śmieci, elektrośmieci i jedzenia w tych śmieciach. W zasadzie nie było nic dziwnego w tym, że pojawiły się rozmowy o ucieczce z naszego M2 i centrum miasta. Szybko jednak plany przeszły z rozglądania się za domkiem na obrzeżach w przeczesywanie internetów w poszukiwaniu idealnego siedliska w środku niczego.


W Warszawie robiliśmy przeróżne rzeczy, od przewozu osób, pracy w eventach i szkolenia psów, po pracę asystenta sędziego i spedytora przesyłek ponadgabarytowych. Rzecz w tym, że wszystko co robiliśmy było fajne, bardzo fajne, super nawet, ale nic nie było na tyle nasze żebyśmy chcieli robić to już zawsze i do końca życia. Dlaczego by więc nie zamienić klientów na gości, pracy na życie w zgodzie z naturą, marnowanie na przetwarzanie z szacunkiem dla surowców? Dlaczego by nie pić kawy patrząc na łąki i stado owiec, zamiast w TVN24 i stado baranów?


Szybkie kalkulacje i wiedzieliśmy, że albo pójdziemy w to na całość albo nigdy się nie spełni. Trzeba sprzedać mieszkanie i zainwestować w nowy rozdział życia. Rodzina załamała ręce nad nami, spisała na straty pieniądze, edukację wnuka, nas malowała jako wkrótce przymierających głodem bez możliwości powrotu (no bo mieszkanie sprzedane przecież), olaboga, olaboga.


No cóż… Kupiliśmy stacje kolejową.

I nie, nie, nie, nie stało się to tak prosto jak w większości przypadków o których czytam. Ludzie często prawie niechcący trafiają na „swoje” miejsce i sprawy toczą się błyskawicznie. My swoje miejsce znaleźliśmy po trudach, bojach i znojach. Zaczynaliśmy od planu na jak najtańsze siedlisko w okolicy Warszawy, a skończyliśmy z sami wiecie czym w okolicy Olsztyna. Szereg ofert odrzuciliśmy w czasie rozmów przed komputerem, kilka-kilkanaście odwiedziliśmy. Zdecydowana większość była totalnie nietrafiona. Wtem trafiliśmy na „przypadek pierwszy”. „Pierwszy” był miejscem idealnym. Cudowna zabudowa, piękne tereny, cena się zgadzała, no wszystko jak dla nas do momentu, w którym zaczęliśmy sprawdzać okolicę. Pech chciał, że nasz ideał położony był na terenie z największą ilością kurzych ferm w kraju, a najbliższa znajdowała się jakieś trzysta metrów od nieruchomości. Smutne to było bardzo. Żałoba trwała długo, ale szukaliśmy mimo to dalej. Kolejne TO miejsce było cudownie położonym siedliskiem (na odludziu, z trzech stron las, pola, no bajka), w którym za każdym razem witały (albo raczej żegnały) nas odlatujące klucze żurawi. Nastawieni na sukces zawieźliśmy tam tatę Leszka i… cios prosto w serce - dom spróchniały, nadaje się jedynie do rozbiórki. Mądrzejsi o nowe doświadczenie odrzucaliśmy następnie już sami to co spróchniałe, aż trafiliśmy na kolejne cudo. Cudo było droższe ale za to wyremontowane. Pojechaliśmy na miejsce. Piękne widoki, cisza, spokój, chata z lat trzydziestych, którą właściciel jak twierdził rozebrał, oczyścił, poprawił fundamenty i postawił na nowo. Stodoła w stanie akceptowalnym. Wszystko wyglądało dobrze, aż do… Wizyty taty Leszka oczywiście. Tata orzekł, że wszystko tam jest nie tak jak być powinno i nie należy się w to ładować. Co prawda ufamy jego osądom ale sprawdzić dwa razy nie zaszkodzi więc pojechaliśmy na miejsce z inspektorem budowlanym. Przykro bardzo, ale po tej wizycie okazało się, że dom nie był wcale rozbierany i czyszczony, że spod nowych desek sypie się spróchniały bal, fundamenty były nieruszone a jedynie piwniczka zalana betonem podprowadzonym z budowy, szambo niby jest ale nie wiadomo gdzie i się go nie wybiera i szereg innych „niedopowiedzeń”.


Mniej więcej w tym momencie ja chciałam chwilę odpocząć, a Leszek w przypływie szaleństwa zaczął wysyłać mi oferty domów w Hiszpanii. Mój brat trafił jednak fajne ogłoszenie nowego domu z bali do wykończenia, w pobliżu mojej mamy. Co prawda bez historii, ale za to z dużą ziemią, co prawda bez zabudowań ale w niezłej cenie. Pojechaliśmy obejrzeć i raz jeszcze uznaliśmy, że w sumie fajnie i warto się przyjrzeć tej inwestycji dłużej. I wtem! Mój facebook podrzucił mi post „tanio oddam w dobre ręce stację kolejową”. Nie przedłużając opowieści. Dzień później byliśmy już na wizji lokalnej, a kolejnego dogadaliśmy cenę. Co prawda przewidywaliśmy od samego początku, że budżet mamy skromny jak na ratowanie zabytku, który przeżył pożar, nie ma okien, za to ma drzwi do wymiany ale jak na szaleńców przystało, doszliśmy do wniosku, że co ma być to będzie i bierzemy.


Zamiast Mazowsza wybraliśmy Warmię. Koniec świata nastąpił. Rozpętał się rodzinny armagedon. A bo daleko, a bo nie mamy miliona milionów na remont, a bo zostaniemy sami, a bo to, a bo tamto. Moja mama przeszła z systemu „dzwonię 20 razy dziennie z nową ofertą” w system „nawrzeszczę i się rozłączę”, mama Leszka uparcie się o nas bała i wspominała przy każdej okazji o odległości nie do pokonania (przypominam - mówimy o Warmii, 200 km od Warszawy), ojcowie jak zwykle stonowani w swoich wypowiedziach ale też raczej z tych narzekających na ilość pracy i odległość. Wsparcie i sielanka trwały w najlepsze podczas gdy my kalkulowaliśmy, szukaliśmy mieszkania w Olsztynie (nasze przecież sprzedane a najnowsza ruina w naszym posiadaniu nie ma nie tylko okien, ale także podłączenia do wody czy choćby prądu), zastanawialiśmy się jak dotrwać do lata i czekaliśmy aż wpłyną środki na konto.

Oprócz tego wszystkiego my również się baliśmy. Jak źle pójdzie to nie będziemy mieć dachu nad głową, kasy na życie i takich tam drobiazgów, nasze dziecko nie skończy nawet podstawówki a już na pewno nie wyrośnie na ludzi, a my się rozejdziemy zanim dobrze zaczniemy remont. No ale strach łatwiej zachować w sobie jak trzeba się mierzyć ze strachem innych.


Tak oto weszliśmy w posiadanie niespełna 2 ha ziemi, dawnej stacji kolejowej z 1905 r. oraz dwóch budynków gospodarczych z tego samego okresu. Wszystko to we wsi Kobułty, a w zasadzie w lesie na jej obrzeżach.

Teraz czekają nas urzędy, remonty, pozwolenia,

Ahoj przygodo! :)





Nasz adres

Dawna  Stacja Kolejowa Kobułty

11-300 Kobułty

skontaktuj się z nami

TEL: 739 080 488

E-MAIL: manowce@stacjakobulty.com

Nasze strony

  • Facebook Reflection
  • Instagram
  • YouTube Ikona społeczna

© 2020 manOwce