Szukaj
  • D.

Na szczęście nasze dzieci jedzą!

Bardzo często słyszmy z Leszkiem, że my to mamy farta bo nasz dzieci tak „pięknie” jedzą. Cokolwiek to pięknie znaczy. Faktycznie nasze dzieci jedzą dużo i różnorodnie, lubią próbować nowych smaków, lubią pomagać w kuchni, czasami nawet lubią posiedzieć przy stole. Tylko, że stanowczo się nie zgadzam ze stwierdzeniem, iż „mamy szczęście”. Dupa tam. Mamy wiedzę. Czerpaną od fajnych, mądrych ludzi i wprowadzaną w życie przy naszym stole. Żaden tam fart czy inny duch nam w tym nie pomógł. Oczywiście mamy też dzieci, które nie wykazują objawów chorobowych czy innych problemów niezależnych od podejścia, a utrudniających choćby próbowanie.

Jak to jest z tym jedzeniem i dlaczego dzieci nie jedzą?

Moim zdaniem, po przeczytaniu miliona badań, artykułów, postów na fejsiku, wywiadów itp., wszystko sprowadza się do braku zaufania i traktowania dzieci jak przygłupów. Nie ufamy dzieciom. Nie wierzymy, że dziecko jest w stanie samo określić czy jest głodne i ile zmieści w brzuchu. A jak już zaczynamy się w tym zapędzać to robi się jeszcze gorzej. Poza zaufaniem jest jeszcze ciągłe „a za mamusie”, „a jak nie zjesz to coś tam”, „a jak ślicznie zjadłeś”, „a mniamuśne, pyszniuśne”, a to, a tamto, a sramto. Czy kiedykolwiek, powtarzam - kiedykolwiek, powiedzieliście koledze „ale stary pięknie trafiłeś tym kalafiorem do buzi! brawo! No braaawoooo! Po prostu dzisiaj już przesadziłeś z tym jak cudownie trzymasz widelec! Widzieliście to?! On sam! Sam trzyma!”? Podpowiem, no nie powiedzieliście. A gdyby jednak to prawdopodobnie kolega zapytałby czy do psychiatry umówicie się sami czy ma pomóc…

Zaczynamy bardzo wcześnie. Jeśli dziecko jest karmione piersią to ma dużo szczęścia bo cycki nie mają miarki. Ufff, samo decyduje kiedy i ile zje. Zazwyczaj oczywiście nadganiając kalorie nocą bo jakżeby inaczej ;) jeśli jednak karmione jest butelką to zaczynają się schody. Nie zliczę ile razy widziałam dzieci uciekające od butelki, odpychające się od matek, wypluwające to co im zostało wlane a mimo to te butelki były im wpychane bo „godzina karmienia”, bo „za mało zjadł poprzednio”, bo „wstaw cokolwiek”. Nie jest to norma, ale jest to początek dramatu „niejadka” w najlepszym wypadku.

Mija 6-7 miesięcy (czasami 6, bo zazwyczaj pchamy te słoiki od 4 miesiąca mimo że wiedzą powszechną w dzisiejszym świecie jest to, że niemowle przed skończeniem 6 miesiąca nie jest gotowe na rozszerzanie diety) i zaczyna się na całego. Obserwując dzieci myślę, że totalnie nie ważne jest czy karmisz metodą blw, czy jednak papkami na początek, czy może tak jak ja - mieszasz sobie dowolnie w zależności od tego na co masz czas i siłę. Najważniejsze jest to żeby pozwolić dziecku zdecydować co i ile zje, żeby pozwolić na litość Boską ubrudzić ręce, buzię, ubranie, nogi, stół, podłogę a czasami pewnie i sufit. Żeby pozwolić gnieść, rozwalać, smarować, wypluwać, odkrztuszać, połykać, celować, memlać, przelewać…

Dziecko wie ile ma miejsca w brzuchu. Nikt nie wie lepiej od niego samego. Nawet mamusia. Nawet babunia. Ciężko się pogodzić z faktem, że dziecko wie lepiej, ale wie. Jeszcze ciężej wytłumaczyć starszemu pokoleniu, że ma nie namawiać, nie wciskać, nie zachęcać i z radosną miną oświadczać, że zjadło, ale się da a w każdym razie należy próbować.

Dzieci nie dostają szansy jedzenia. Tak po prostu. Gotujemy im oddzielnie, wciskamy łyżeczką do buzi, zachęcamy w dziwne sposoby i później się dziwimy, że nie czerpią przyjemności z jedzenia.

Przypomnij sobie jakiś świetny posiłek. Jak go jadłeś? W gronie fajnych ludzi? Czy siedziałeś przy stole kawałek dalej i ich obserwowałeś? Jedliście to samo być może podjadając sobie z talerzy? Czy może oni jedli różnorodnie, a Ty miałeś jednokolorowe coś na talerzu? Czułeś się namawiany, przymuszany do próbowania? Czy może jadłeś z pełną swobodą i jeśli coś do Ciebie nie przemawiało to tego nie jadłeś? Czy ktoś cały czas mówił Ci żebyś się wyprostował, przełożył widelec do prawej ręki, odłożył to a wziął tamto? Czy może miałeś prawo siedzieć luźno, popijać wino i jeść tę pizzę palcami? Śpieszyłeś się bo zaraz trzeba biec, czy miałeś pełen luz i czas na rozmowy? Czułeś, że wszyscy w napięciu liczą ile kalorii przyjąłeś? Czy może miałeś poczucie, że nikt nie zagląda w twój talerz?

Nie każdy posiłek jest świetny. Każdy za to można zepsuć w łatwy sposób. Pamiętacie te posiedzenia przy stole „bo masz zjeść warzywa”, „bo wypij mleko”, bo cokolwiek? Osobiście mam traumę po tym jak wpychano we mnie jedzenie siłą i w biegu.

A wystarczy pozwolić dzieciom uczestniczyć w naszym życiu w sposób jakiego potrzebują. Pozwólmy im usiąść do stołu, postawmy na tym stole rzeczy, które są dla nich dostępne, pozwólmy zdecydować czego i w jakiej ilości spróbują, zapytajmy czy czują smaki, czy wyczuwają faktury, niech spróbują dotknąć, rozmazać zanim zjedzą, najwyżej koszulka się nie dopierze. Trudno. Może warto poświęcić ciuch na rzecz nieopisanej radości jedzenia, na rzecz dobrych wspomnień związanych z jedzeniem i dzięki temu chęci jedzenia. Może warto myć trzy razy dziennie podłogę. Pewnie też warto dać dziecku nabrudzić w restauracji (za to największym rodzicielskim wstydem jest niesprzątanie po dzieciach jedzących samodzielnie. Serio, jak kocham blw tak buractwem jest zostawienie tego walającego się jedzenia do sprzątania kelnerom).

Zminimalizuj ilość cukru, nie chwal, nie wymyślaj kar, nagród i kolejnych podchodów. Usiądź z tym kilkumiesięcznym dzieckiem do stołu jak z partnerem a nie z zadaniem do wykonania. Brak kontroli jest trudny, bardzo trudny nawet ale przynosi cudowne efekty. Kiedy pozwalasz drugiemu człowiekowi decydować samodzielnie to czasami okazuje się, że podejmuje najlepsze decyzje ze wszystkich możliwych. Od rodzica zależy kiedy i co postawi na stół, a zatem pilnuj przede wszystkim ilości słodyczy (małe dziecko potrzebuje bardzo niewiele, trzylatek około 1000-1200 kcal) więc jeśli nakarmisz go gofrem na śniadanie to zjada połowę zapotrzebowania dobowego. Dorzuć serek homogenizowany i soczek i mamy z głowy jedzenie na resztę doby a Ty zachodzisz w głowę dlaczego nie chce tej pyszniutkiej brukseleczki. Warto podawać warzywa do każdego posiłku, warto pilnować gęstości odżywczej posiłków i zawartości żelaza w diecie (więcej o tym możecie poczytać np. u mojej guru od żywienia dzieci Zuzanny Wędołowskiej). Niemniej to od dziecka powinno zależeć ile i czego z zaproponowanych mu opcji zje.

Podsumowując ten pierwszy z serii, jak sądzę, wpisów o żywieniu - nie mamy szczęścia do jedzących dzieci. Nasze dzieci jedzą bo uczymy ich radości jedzenia dając swobodę, siadając z nimi wspólnie do posiłków i nie zapychając cukrem w niekontrolowanej ilości (bo że cukier jemy to wiadomka;)). Mamy też luz i wiemy, że nie zawsze mamy czas na super posiłek - wtedy zwyczajnie opuszczamy. A ja mam w sobie ten luz, że nie rwę z włosów głowy kiedy z lenistwa zaserwuje im płatki z mlekiem na obiad i kolację. Zdarza się. Zdarza mi się też wpaść w fazę „no spróbuj, no zjedz, no weź”, ale na szczęście szybko włączam mózg i odpuszczam „miłość przez jedzenie”. Nie mamy szczęścia - mamy wiedzę i ufamy własnym dzieciom.

Jak jest z jedzeniem u Was? Spinacie się czasami? Macie kłopoty z jedzeniem? A może macie jakieś super patenty na bilansowanie posiłków? Pamiętacie jakieś posiłki, które wywarły na Was ogromny wpływ? Jestem ich na maksa ciekawa!





Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Dzień Ojca

Kryzys.