Szukaj
  • D.

Pierwsza zima na wsi

Znacie historię o domku w Karkonoszach? No to mniej więcej tak to właśnie wygląda. Podobno pierwsza zima na wsi weryfikuje czy to życie dla Ciebie. Trudno się z tym nie zgodzić, a to dopiero połowa zimy…


Zanim kupiliśmy swoje manOwce widzieliśmy je piękną jesienią i w najgorszym okresie, poza marcem, czyli w listopadzie (jestem totalną jesieniarą, ale listopada i listopadówy szczerze nienawidzę. Najgorzej. Fujka. Bleh), a ponieważ nawet wtedy miały swój urok to cóż mogło nas zaskoczyć. Otóż odpowiadam. Listopad.


A było to tak, że (jak część z Was zapewne już wie) wprowadziliśmy się do naszej przyczepy w kwietniu - jak już przeprowadzać się do lasu bez prądu, wody i internetów to tylko na Wielkanoc. Żyliśmy sobie zdobywając kolejne osiągnięcia ludzkości, względnie spokojnie podejmując gości, aż przyszła jesień prawdziwie polska - słota a nie złota. Razem z listopadówą skończyło się spędzanie czasu na tarasie (a przecież mieliśmy go raptem od końca września), skończyły się naloty znajomych, przyjaciół i rodziny, skończyły się długie dni, czyli możliwość pracy u siebie po pracy u kogoś. No i dopadła mnie jesienna depresja. Zostałam sama z dwójką małych bąbli, w przyczepie, a dookoła las. kap, kap, kap. Lesio zaczął wychodzić przed świtem i wracać po zmierzchu. kap, kap, kap. Słońce nie wyszło zza chmur z półtora miesiąca nawet na godzinę. kap, kap, kap. Pandemia zamknęła nam baseny, sale zabaw, kina i wszystkie inne możliwości oderwania się od błota, szarugi i deszczu. kap, kap, kap. Trzeba przyznać, że zaliczyłam największy kryzys w życiu. Nie tylko ze względu na pogodę bo ta nie byłaby taka straszna sama w sobie gdyby nie szalejące jeszcze po ciąży hormony, płaczący niemowlak (bo niemowlęta mają to do siebie, że jak nie można spełnić ich potrzeb natychmiast to płaczą, a jak masz dwójkę dzieci to prawie nigdy nie możesz spełnić potrzeb niemowlaka natychmiast), płaczący starszak (bo kryzys po narodzeniu siostry, bo bunt dwulatka, bo pada a on chce na basen, bo nie chce na spacer, bo chce się przytulić ale nie chce się przytulić), brak miejsca jak ktoś nawet przyjechał (co powodowało, że zamiast się na maksa cieszyć gośćmi człowiek był trochę szczęśliwy a trochę umęczony bo życie w 4 osoby dorosłe, trójkę dzieci i dwa psy na jakichś 15-20m2 jest co najmniej uciążliwa), brak sił do życia, niewyspanie jak to przy małym człowieku i brak czasu na pogadanie, pogranie, obejrzenie filmu. kap, kap, kap. Z niecierpliwością wyczekiwałam grudnia i jak tylko przyszedł jego pierwszy dzień zaczęłam szykować święta.


Grudzień powitał nas szarugą, ale przynajmniej można było suszyć pomarańcze z goździkami, postawić kalendarz adwentowy, ubrać choinkę, piec ciasta, gotować pyszne rzeczy, sprzątać CODZIENNIE i i tak nie zdążyć do Wigilii, zbudować karmnik dla ptaków. kap, kap, kap. Któregoś dnia spadła temperatura i nawet pojawił się śnieg, nie za dużo, na sanki za mało ale od razu zrobiło się raźniej. Przyszły święta, szybko przeleciały i wróciliśmy do codzienności a z nią zamiast deszczu przyszły umiarkowane mrozy i co jakiś czas śnieg. No i to było spoko. pada śnieg, pad śnieg, pada śnieg. Co prawda mój syn dalej odmawiał spacerów, więc umierałam siedząc w domu i kombinując jak przetrwać kolejny dzień z dwójką dzieci na ograniczonej przestrzeni, ale ponieważ staramy się szanować potrzeby naszych dzieci to jeśli młody naprawdę stanowczo odmawiał wyjścia i nie było ono konieczne to siedzieliśmy w domu. Od wiosny do późnej jesieni spędza tyle czasu na zewnątrz, że przeżyje nawet dwa miesiące siedzenia tylko w domu. pada śnieg, pada śnieg, pada śnieg. Zdecydowanie spadek nastroju zaliczyliśmy wszyscy bo Leon do dzisiaj daje się namówić na wyjście na dwór co najwyżej 2-3 razy w tygodniu i to też zawsze sposobami i prezentowaniem kolejnych atrakcji jakie mogą go tam spotkać. W sumie się mu nie dziwię, też już tęsknie do momentu w którym żeby wyjść z domu wystarczy wyjść. Bez ubierania dodatkowych warstw, kurtek, kombinezonów, śniegowców, czapek, szalików, rękawiczek. A wiecie jak to jest? Jak już ubierzecie dwójkę dzieci to to pierwsze sobie przypomina, że musi do łazienki. TERAZ. pada śnieg, pada śnieg, pada śnieg.


Styczeń okazał się być wyzwaniem, temperatura dochodząca w nocy do -27 stopni, zamarzająca woda, zamarzające butle z gazem, duże opady śniegu, myszy harcujące radośnie po domu ku przerażeniu psów. Co prawda nic w tym strasznego na dłuższą metę - po prostu trzeba mieć system szybkiego reagowania i uczynnych, dobrych ludzi wokół siebie. Na szczęście mamy jedno i drugie więc szybko poradziliśmy sobie z problemami. pada śnieg, pada śnieg, pada śnieg. Lesio w pracy jest całymi dniami na zewnątrz obecnie, więc trudno się dziwić, że i i on któregoś dnia wrócił i powiedział, że to wszystko serdecznie pierdoli i wracamy do miasta. Tak, tak Lesinku, poleć wstaw pranie w piwnicy bo ja umrę jak zrobię jeszcze jeden kurs dzisiaj. Mieliśmy pod koniec stycznia moment kiedy oboje klęliśmy na czym świat stoi, rozważaliśmy plany B i C a śnieg padał, padał, padał.


Tak sobie myślę, że to był ten moment, w którym pewnie można uznać, że życie na wsi nie jest dla nas. Nie dlatego że dzisiejsza wieś to nie wiadomo jaki hardcore. Powiedzmy sobie jasno, wieś nie jest jakimś tworem, który pozostał w XIX wieku, to miastowi nie ogarniają kuwety. W mieście gaz, wodę, prąd, odśnieżanie, cieknące dachy, nieszczelne okna, myszy czy tam szczury i wiele wiele innych tematów załatwiają się same. Ot, administracja jest od tego żeby opłacić konkretnych usługodawców, a jak ktoś czegoś nie ogarnia to się dzwoni zwrócić uwagę, ewentualnie pośpieszyć. pada śnieg, pada śnieg, pada śnieg. Na wsi zwyczajnie musisz to robić sam. No i to tyle z trudności bo reszta wiele się nie różni. Supermarkety są i to względnie niedaleko, lekarze są, szpitale są, nawet galerie handlowe i kina są niedaleko, a jak czegoś nie możesz dostać to zamawiasz przez internet i masz to za dwa dni. Także nie, ludzie nie rezygnują ze wsi bo wieś jest koszmarna. Żeby żyć na wsi po prostu musisz chcieć i lubić albo polubić samodzielne ogarnianie kuwety a nie przerzucanie obowiązków na innych (aczkolwiek nam prywatną drogę odśnieżył Pan, który odśnieża publiczne drogi. A to dzięki Sołtysowi, który jako kolejna osoba w okolicy dołożył cegiełkę do pomocy „tym ze stacji”). pada śnieg, pada śnieg, pada śnieg. Jest jeszcze jedna kwestia, która prawdopodobnie powoduje, że ludzie odpuszczają i wracają do miasta. Jeśli pracujesz poza miejscem zamieszkania to, zamiast odpoczywać, po pracy musisz ogarnąć odśnieżanie, zamarzniętą wodę, zamarznięty gaz i całą gamę innych atrakcji. No więc ta zima jest hardcorowa bo chcemy być na wsi a zarabiać w miastach, to zdecydowanie utrudnia sprawę. pada śnieg, pada śnieg, pada śnieg.


Przyszedł luty, na horyzoncie pojawia się wiosna, a my mając w tyle głowy ułożone plany „na wszelki wypadek”, mamy przede wszystkim plany na to jak ożywić nasze miejsce i wykorzystując nasze umiejętności zarabiać na wsi a nie w miastach. Także niedoczekanie jeśli kto liczył na szybką sprzedaż i ucieczkę na tarczy. O nie, nie, nie. Może i tak nas pokona ogrom pracy jaki tu mamy, ale na pewno nie pokona nas zima. Nawet taka prawdziwa, spędzana w przyczepie holenderskiej. Zwłaszcza, że wiecie co? Na wsi zima jest dużo piękniejsza. Karmnik jest ciągle pełen ptaków, sarny przychodzą pod samo ogrodzenie (kuny to nawet przełażą za nie, ale te akurat nas nie cieszą i wypuszczamy patrol interwencyjny w postaci dwóch terierów co by się żadna nie zechciała tu osiedlić na dłużej), las jest biały i piękny, widać ślady zwierząt na każdym kroku, każdy spacer (nawet jeśli nie za częsty) kończy się spotkaniem z takim czy innym zwierzakiem, ludzie wymieniają się pysznościami, które przygotowali, jest nawet czas na planszówkę, a jakby tego było mało to w styczniu mieliśmy chyba jeden jedyny weekend kiedy byliśmy tu sami. Wychodzi na to, że ludzie dalej nas trochę lubią, a niektórzy nawet za nami tęsknią. To też bardzo budujące. W ogóle najbardziej na świecie zrobiło mi tu życie jedno zdanie, które wysłała mi kochana Poplątania (zajrzyjcie na FB to też poznacie naszych najlepszych sąsiadów) w czasie mojej depresji totalnej związanej z tym, że dzieci w przyczepie, że nie wiadomo czy i kiedy ten remont się skończy i takimi tam. Napisała mi, że nie mając nawet domy zbudowaliśmy miejsce które ściąga do nas tłumy ludzi. Czy coś w tym stylu. W każdym razie jest to zdanie dla którego warto. No a teraz dzieci płaczą, dom tonie w praniu, a śnieg pada, pada, pada…

Ahoj przygodo i hakauna matata!



248 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Parenting

Nasz adres

Dawna  Stacja Kolejowa Kobułty

11-300 Kobułty

skontaktuj się z nami

TEL: 739 080 488

E-MAIL:

manowce@stacjakobulty.com

Nasze strony

  • Facebook Reflection
  • Instagram
  • YouTube Ikona społeczna

© 2020 manOwce