Szukaj
  • D.

Wolno, wolniej, wstrzymaj konia…

Aktualizacja: maj 25

Przyzwyczaiłam się do tempa życia dużego miasta, w którym wszystko jest na już, natychmiast, na wczoraj. Przyzwyczaiłam, dostroiłam i aktualnie sama ciągle działam na najwyższych obrotach. Nie lubię odkładać na później, czekać, siedzieć w miejscu. Trochę to na pewno charakter, ale dużo jednak w tym nabytego w Warszawie pośpiechu. Leszek czasami potrzebuje jeszcze szybciej i więcej. Do czego zmierzam? Ciężko jest nam siedzieć i czekać a tu ciągle na coś trzeba…


To taki akapit, który napisałam chyba grudniu, kiedy mnie nosiło bo działo się za wolno, za mało, nie tak miało to iść wedle planów. Zanosiło się, że nie wrócę do tematu ale jednak historia ma ciąg dalszy.


Najchętniej wszystko robilibyśmy od razu, sami lub z pomocą znajomych i rodziny i oczywiście już. Nie za tydzień, nie za miesiąc, na pewno nie za rok. Tymczasem samo załatwienie wody i prądu trwa już któryś miesiąc ( zgody uzyskać dość łatwo, ale jeśli chce się dofinansowania to trzeba już nastawić się na czekanie, nie zawsze zakończone sukcesem). Nie wszystko też możemy czy powinniśmy robić samodzielnie. Są takie sprawy, które powinni zrobić fachowcy, a w każdym razie my niekoniecznie wierzymy w swoje możliwości tam gdzie zaczynają się tematy dachu, kominów czy kanalizacji.


Po bardzo dynamicznych ostatnich tygodniach w Warszawie, nastały długie tygodnie zastoju w Olsztynie. Kiedy już wydawało się, że sprawy bardzo przyśpieszą pojawił się koronawirus, który sparaliżował większość działań. Z jednej strony to fatalne, że wszystko się przeciąga, świat walczy z pandemią a my możemy jedynie czekać aż medycy i naukowcy przywrócą nam normalność. Z drugiej strony jednak, szukając pozytywów, te wszystkie przestoje zmusiły nas do wyhamowania, nauki czekania w spokoju i odpuszczania. Zrobiło się dużo czasu na przewartościowanie życia (Geez, jak to brzmi), przemyślenie w którą dokładnie stronę chcielibyśmy iść, poczytanie mądrzejszych od siebie, naukę z dokumentów, jutubów i fejsbuków.


I wiecie co? Nie ma tego złego. Czytam i słucham ludzi, którzy opowiadają o tym jak długo im zajęło zrozumienie, że życie nie działa jak korporacja i stwierdzam, że przeszłam przyśpieszony (cóż za ironia) kurs. Patrzę na ten ogrom pracy, który mamy przed sobą, wiem jaki chcę osiągnąć efekt końcowy (no dobra - mniej więcej wiem) i mam nieprawdopodobny, jak na mnie, luz. Nigdy do tej pory nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę tak działać. Lista zadań rośnie z każdym dniem, trudności się piętrzą, a ja robię to co zrobić na dany moment mogę i czekam co przyniesie kolejny dzień. Wychodzi z tego sporo dobrego bo z każdym dniem nasze miejsce daje nam się trochę bardziej poznać, wpadają nam nowe pomysły do głowy, jest czas żeby je przegadać, przemyśleć, część odrzucić.


Dwa dni po pierwszej wizycie na Stacji rysowałam jak będzie podzielony teren. Co i gdzie będzie rosło, gdzie będzie pastwisko, gdzie taras… Z czasem i kolejnymi nieprzewidzianymi sytuacjami porzuciłam te plany na rzecz „poczekamy, zobaczymy”. Nie z lenistwa, bynajmniej dlatego że nie mam pomysłów czy też straciłam zapał. Co to to nie! Po prostu zrozumiałam, że mogę albo walczyć z otaczającymi mnie okolicznościami i przyrodą albo je poznać i zrobić tak żeby się z nimi zgrać. Dopiero kiedy pobędziemy tu dłużej okaże się gdzie i jakie mamy nasłonecznienie, gdzie samoistnie rosną bardziej wymagające rośliny, a gdzie przyjmie się prawdopodobnie tylko perz. W ten oto sposób w tym roku zajmiemy się nie wysiewaniem a jedynie oczyszczeniem działki, zobaczymy co tak naprawdę na niej mamy i czego nam brakuje, a co przeszkadza. Z najnowszych odkryć - okazało się kilka dni temu, przy okazji kopania dziur pod ogrodzenie (z ogrodzeniem też jest lepsza historia - kiedyś Wam ją opowiem), że cały teren jest utwardzony kamieniem mniej więcej na głębokości 15-20 cm. Trochę szok, a trochę ma to sporo plusów więc trzeba zrobić z tego pożytek, nawet jeśli równanie terenu nie będzie aż tak proste jak się wydawało na początku.


Leszek ostatnio dużo się martwił o wszystko co możliwe. Wiecie jak jest, wszyscy zginiemy marnie, pieniędzy zabraknie zanim na dobre zaczniemy więc zginiemy marnie, remont ponad siły, nie zaczniemy zarabiać to zginiemy marnie, generalnie zagłada nadciąga. Wiadomości płynące ze świata nie podnoszą na duchu (a to co mi pozostało z prawniczych czasów to poranna prasówka i wiadomości w TV do kawy). Jakiś czas temu pewnie wkręciłabym się jeszcze bardziej niż on w ten dramat ludzkości. Mój mózg uwielbia kiedy ma dziesięć scenariuszy na każdą okoliczność. Tymczasem, z dużym zaskoczeniem, stwierdziłam, że mam autentycznie wy...walone owce na to. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Niemniej, żyję w przekonaniu, że nawet jeśli nie skończę remontu do końca roku to skończę go do końca kolejnego lub jeszcze później. Mamy gdzie mieszkać i to mi wystarcza.


Wirus niszczy nam kolejne plany - w połowie kwietnia mamy zaplanowany ślub, więc najpewniej zamiast otoczeni rodziną, przyjaciółmi i znajomymi weźmiemy go ze świadkami, o ile w ogóle się uda. Rodzinie pozostaje przesłanie menu z restauracji, w której mieliśmy ich podjąć żeby wiedzieli jak bardzo ich kochamy skoro zaplanowaliśmy taką imprezę, a rzesza przyjaciół, która zaproszona jest na nasze wiejskie wesele w czerwcu… No cóż, może uda mi się do tego czasu nie urodzić Anieli, a wirus się opanuje. W ramach odreagowania rozważam ślub w białym dresie jak na dziewczynę z warszawskiej Pragi przystało, ale generalnie - luz, chill, zero spiny. Jakoś będzie. Trampki kupione więc jestem gotowa. Krewni i znajomi Królika może o nas nie zapomną na wieki wieków nawet jeśli pandemia w czerwcu będzie trwała w najlepsze i znowu trzeba będzie zmienić termin imprezy.


Przed chwilą wyjechał ze Stacji Pan, który zajmuje się odwiertami studni. Jeśli myślicie, że sprawa wywiercenia studni to takie tam „przyjadą, wywiercą, pojadą” to śpieszę poinformować, że nie zawsze. U nas kłopot jest z miejscem, z wodą potrzebną do odwiertu (a trzeba jej naprawdę dużo jak się okazuje), a nawet z tym że może zabraknąć zasięgu maszynom… Co zrobić. Martwić się kolejny tydzień? Rwać włosy myśląc o tym co będzie jeśli? Dreptać w kółko krzycząc „ojoj! ojoj!” niczym prosiaczek z Kubusia Puchatka? Poczekam, zobaczę i rozwiążę (a nawet rozwiążemy!) problem jak już się pojawi.


Słupki do ogrodzenia terenu miały przyjechać w zeszły wtorek. Mamy niedzielę, słupków nie ma i nic nie wskazuje na to żeby miały się pojawić jutro. Robota stoi, mimo że Lesio walczył z kopaniem dziur żeby jak najszybciej to skończyć.


Czas realizacji okien - sześć tygodni od chwili zamówienia w najlepszym razie. Zostały nam jeszcze dwa, jeśli oczywiście nie będzie kolejnych komplikacji związanych na przykład z zamknięciem firmy ze względu na pandemię.


Dachówka niby zamówiona, ale czekam na informację co w tym temacie poszło nie tak i dlaczego szukamy znowu kogoś kto ściąga ze starego dachu przynajmniej cztery tysiące sztuk (jak się wymyśliło że dach chce się mieć ze starą ceramiczną dachówką to później się człowiek musi naszukać).


Kilka osób siedzi i czeka, aż damy znać, że jesteśmy już na miejscu w naszej przyczepie. Plan przeprowadzkowy zakładał maksymalnie koniec marca. No tego… Bez ogrodzenia, wody, kanalizacji i prądu jakby nie pyknie więc możemy albo się wściec, wywalić wszystkich do tej pory z nami współpracujących i na pewno nie przyśpieszyć spraw, albo spróbować jeszcze raz poczekać, przyśpieszyć co możemy, być może przeprowadzić trudne rozmowy i ustawić nowy graniczny termin - czyli Święta. O ile pół roku temu raczej skłaniałbym się ku rozwiązaniu numer jeden, o tyle teraz zdecydowanie przemawia do mnie numer dwa.


Zmierzam do tego, że nawet słabe okoliczności mogą się okazać przydatne. Warto jest działać, warto brać ster we własne ręce a nie czekać aż samo się poukłada, ale nie warto przyśpieszać niektórych spraw na siłę, nie warto walczyć z wiatrakami i nie warto mieć wszystkiego od razu. Słynny slow life zaczyna się nie od idealnego siedliska i popołudniowej kawy, a od wyrobienia w sobie pewnego rodzaju luzu, który pozwala na przeżywanie życia w stylu slow. Jak pozwoli się problemom zaistnieć zanim się je rozwiąże to one czasami same się rozwiązują i to jest ekstra. A jak zacznie się działać efektywnie, współpracując z tym co los podrzuca to nagle okazuje się, że to naprawdę działa jak w „alchemiku” czy innej pozytywnej do bólu historii.


Swoją drogą jeśli znacie kogoś od kopania studni z terminami „na już” to chętnie przyjmiemy polecenia;) warto sprawdzić informacje w kilku źródłach.

Macie duże remonty za sobą? Przetrwaliście? Opowiadajcie jak to było koniecznie :)


Hakuna Matata i Ahoj przygodo!


224 wyświetlenia

Nasz adres

Dawna  Stacja Kolejowa Kobułty

11-300 Kobułty

skontaktuj się z nami

TEL: 739 080 488

E-MAIL: manowce@stacjakobulty.com

Nasze strony

  • Facebook Reflection
  • Instagram
  • YouTube Ikona społeczna

© 2020 manOwce