Szukaj
  • D.

(Za) dużo Gości?

Przyszedł maj, a z nim wiosna. Przyroda wybuchła zielenią traw i liści, niesamowitym błękitem nieba, fioletami bzów, bielą śliw, żółcią zbóż. Zaczęli odwiedzać nas znajomi, rodzina, przyjaciele… I nieznajomi też.


Po kilku miesiącach z dala od ludzi, siedzenia w smutnym mieszkaniu, w smutnym deszczowym Olsztynie, zastanawiania się jak to będzie dalej i trochę jednak tęsknoty do Warszawy, cudownie było nagle, co jakiś czas, móc kogoś nakarmić, z kimś pogadać, pograć w planszówkę, posiedzieć przy grillu.


Przyszedł czerwiec, a z nim po pierwszej zimnej połowie, nadeszły gorące dni i nasza impreza weselna dla znajomych i przyjaciół. Impreza prawdziwie „wiejska” bo w rezultacie od przyjazdu pierwszych gości do wyjazdu ostatnich minął prawie tydzień. W kulminacyjnym punkcie gościliśmy około 70 osób pod namiotami, w kamperze, w naszym domku, wszędzie. Świetny czas z ludźmi okupiony ogromnym zmęczeniem, niesamowitą ilością roboty (w tej mieliśmy wielkie wsparcie wszystkich naszych gości) i stresem bo bardzo nie chciałam zacząć rodzić w trakcie, a Aniela dawała wszelkie znaki, że może się tak wydarzyć, bo chcieliśmy żeby fajnie wyszło, bo jak to zrobić żeby wszyscy się dobrze czuli, bo co jeszcze trzeba załatwić, kupić, przygotować, i takie tam. 


Przyszedł lipiec, a z nim upalne lato, noworodek w domu, bunt dwulatka w pełnej okazałości, uciekające psy, mnóstwo zaproszeń wszędzie, niespodziewane wizyty w Warszawie, goście, goście, jeszcze więcej gości. W lipcu mieliśmy tylko kilka dni które spędziliśmy całkiem sami, a do tego remont trwał w najlepsze. Przed porodem odgrażałam się, że po powrocie do domu miesiąc nic nie robię, pierwsze odwiedziny dopiero po długim odpoczynku, a my z Anielą się zapoznajemy i co najwyżej wstajemy do wspólnych zabaw z Leosiem i na posiłki. Rzeczywistość jak zwykle odbiegła znacząco od planów. Trzy dni po porodzie, z Anielą w chuście, przygotowując jajecznicę i kawę omawiałam dalsze plany remontowe. W ciągu pierwszych dwóch tygodni Aniela była w Olsztynie, Gdańsku i Warszawie. W Warszawie nawet dwa razy. W przerwach od wyjazdów dalszych byliśmy na kilku bliższych. Goście walili drzwiami i oknami. Wszyscy na dzień, dwa, tydzień. Jedni wyjeżdżali, drudzy przyjeżdżali, a kolejni wpadali na chwilę. Na krótką chwilę, na kawę, na ciasto, na obiad, grilla, ognisko…


Przyszedł sierpień, a z nim goście, goście, goście. Zaczęliśmy się łapać na tym, że nie mamy kiedy posprzątać pomiędzy „turnusami”, kiedy usiąść i popatrzeć w gwiazdy, zastanowić się choćby nad poziomem zmęczenia. Bo wiecie, gościom trzeba dać zjeść, rozpalić ognisko, oprowadzić po stacji, pójść na spacer, porozmawiać pod gwiazdami, opowiedzieć co u nas, zawieźć nad jezioro, pokazać w czym mogą nam pomóc (bo trzeba przyznać, że wszyscy chcą nam pomagać jak tylko się da). A przecież poza tymi miłymi obowiązkami gospodarzy, mamy jeszcze te całkiem gospodarskie. Posprzątać, odkurzyć (bo ktoś kiedyś pomyślał, że wykładzina w salonie, przedpokoju i ŁAZIENCE to świetny pomysł), ugotować, pozmywać, odkurzyć, pojechać po zakupy, wyprowadzić psy, skosić trawę, pozbierać śmieci, wyprać, odkurzyć, uprać wykładzinę, odkurzyć, nakarmić psy, odkurzyć, wyprasować co konieczne, posprzątać to co już Leosiek zdążył posprzątać w ramach poprawek po rodzicach, podać śniadanie, odkurzyć, podać obiad, odkurzyć, upiec ciasto, odkurzyć, zaparzyć kawę, odkurzyć, odkurzyć, odkurzyć…


Ponadto mamy jeszcze dwoje dzieci. Warto czasami się nimi zająć, a co za tym idzie ubrać, przewinąć, umyć, nakarmić, umyć Leona po raz drugi, stymulować motorykę dużą, motorykę małą, umyć Leona po raz trzeci, poczytać książki, zabrać na wycieczkę, nosić Anielę (od rana do nocy, z krótkimi przerwami na karmić, przewijać), wypuścić na plac zabaw, umyć Leona po raz czwarty, ratować psy, pobujać, porobić opa-opa, pójść na spacer do lasu, powygłupiać się, pilnować żeby Leon nie popełnił samobójstwa na nieświadomce, zawieźć na szczepienie, zawieźć na badanie, zawieźć do szpitala, umyć Leona na noc, dać kolację, umyć Leona po kolacji, położyć oboje spać, wstać do nich kilka razy i zacząć od nowa z myciem Leona ;)


Ot, zwykłe sprawy, niby nic, a jednak padamy wykończeni, wstajemy zmęczeni i codziennie obiecujemy sobie, że dzisiaj to już na pewno pogramy w grę, poczytamy książkę, obejrzymy film. Od kwietnia tylko raz (RAZ) siedzieliśmy we dwoje w hamakach patrząc w nasze piękne, gwieździste niebie i gadając (o tym, że to pierwszy raz zresztą). Przez ostatnie trzy miesiące próbuje przeczytać jedną książkę (wcześniej czytałam jedną tygodniowo mniej więcej). Lesio od miesiąca zaczyna biegać. Leon ciężko stwierdzić czego nie robi a by chciał bo zazwyczaj robi co chce, ale na pewno ma coś w planach na zimę.


Idzie wrzesień i październik a z nimi jesień, żółcie, czerwienie, fiolety, goście, goście, goście. Kalendarz pęka w szwach. Zapowiada się, że do połowy października mamy pełne obłożenie, z przerwami na wyjazdy komunijne, weselne, itp. I wiecie co? Wolny weekend zapełniliśmy na własne życzenie świętem pieczonego ziemniaka! Dlaczego? Bo cały ten wstęp nie był narzekaniem, a podsumowaniem. My naprawdę bardzo się cieszymy, że Was wszystkich mamy.


Tak - jesteśmy zmęczeni.

Tak - nie mamy czasu na siedzenie w domu.

Tak - nie pamiętamy kto i kiedy, ale wiemy, że ktoś.

Tak - nie odpisujemy, nie oddzwaniamy, zapominamy.

Tak - bez Was nie ogarnęlibyśmy tutaj bardzo wielu spraw.

Tak - chcemy więcej!


Wiemy, że zaraz przyjdzie listopad, grudzień, styczeń, luty. Będzie zimno, deszczowo, śnieżnie, ciemno. Nasze dzieci będą miały dość gapienia się tylko na nas, my nadrobimy zaległości czytelnicze, nauczymy Leosia kolorowania, budowania ludków z kasztanów i lepienia z plasteliny czegoś więcej niż kulka. Aniela zacznie pełzać, siadać, raczkować i jeść nowe rzeczy. Remont wnętrza stacji będzie toczył się powoli ale do przodu. Zamiast koszenia będzie odśnieżanie. Będziemy pili litry herbaty, tęsknili za wrzawą jaką mamy od wiosny do jesieni i oczywiście odkurzali. 


Nie jest Was za dużo, nie jesteśmy zmęczeni na tyle by Was nie chcieć, nie mamy dość (no dobra, czasami, jak każdy normalny człowiek. Miewamy gorszy dzień i marzymy o urlopie z dala od życia), nie czujemy, że chcielibyśmy inaczej. Uczymy się przy Was jak okiełznać życie gospodarza, uczymy się, że czasami nic nie wychodzi i trzeba na to machnąć ręką, że może być nieuprane jeszcze dzień czy tydzień, a wartością naszego nowego życia, o której nie myśleliśmy przed wyprowadzką są… Głębsze, pełniejsze i fajniejsze relacje z ludźmi. 


Kiedy przyjeżdżacie, a my opowiadamy o tym wszystkim czasami widzimy, że może to brzmieć trochę jak skarga, ale nie, serio, po prostu opowiadamy jak jest. A zatem - Jest dobrze. Bądźcie. Jak najczęściej. Serio.

 

Ahoj przygodo!



258 wyświetlenia

Nasz adres

Dawna  Stacja Kolejowa Kobułty

11-300 Kobułty

skontaktuj się z nami

TEL: 739 080 488

E-MAIL: manowce@stacjakobulty.com

Nasze strony

  • Facebook Reflection
  • Instagram
  • YouTube Ikona społeczna

© 2020 manOwce